wtorek, 30 września 2014

4 Every ending is a new beginning..




- Meg, mogę cię na chwile prosić - usłyszała w głos w telefonie.
Bez odpowiedzi rozłączyła się i niezauważalnie zniknęła z sali. Otworzyła masywne drzwi i wślizgnęła się przez nie. Idąc przez długi ciemny korytarz oglądała się za siebie czy nikt za nią nie idzie. Skręciła w lewo i otworzyła kolejne wielkie drzwi.
Pomieszczenie było przyciemnione. Przy stoliku siedział mężczyzna. Nie było widać jego twarzy choć na stoliku przy którym siedział świeciła się lampka.
- Mam coś dla ciebie - wyciągnął żółtą kopertę i położył ją na stole. - To zapłata za ostatnie zlecenie.
Wzięła ją i zwinnie wsunęła kopertę do kieszeni.
- W środku masz dane następnego.
Skinęła głową i wyszła bez słowa.


 

Gdy tylko się obudziłam, wyciągnęłam swój laptop spod łóżka i włączyłam go.
Wczoraj było mi wstyd, że nie wiem dokładnie jak się Jimmy nazywa. On taka gwiazda. Perkusista sławnego zespołu a moja wiedza na jego temat zerowa.
Przez dłuższy czas nie wiedziałam co wpisać w google. Wpisałam ' Jimmy perkusista' i zaczęłam przeglądać zdjęcia. Nie musiałam długo szukać.






Na zdjęciu wyglądał całkiem inaczej. Miał pomalowane oczy i złowrogo patrzał na obiektyw. To nie był ten sam Jimmy z którym spędziłam wieczór. Ten, który znajdował się na zdjęciu był dla mnie obcy. Nie potrafiłam się nadziwić jak człowiek może inaczej wyglądać.
Klikając na zdjęcie wyświetlił mi się napis " James The Rev Sullivan " Poszukałam więcej informacji na jego temat. 
Poprawiłam na sobie bluzę. Straciła już jego zapach, co mnie zasmuciło.
Wyłączyłam laptop.
Ciekawe czy go jeszcze kiedykolwiek spotkam.
Leniwie zwlekłam się z łóżka. Nie miałam żadnych motywacji na kolejny nudny dzień. Mimo to ubrałam się i zeszłam na dół. Cisza, która panoszyła się po całym domu raziła mnie w uszy.
Podeszłam do radia i włączyłam pierwszą lepszą piosenkę. Po całym mieszkaniu rozniosła się wesoła melodyjka grana na pianinie. 






Zaparzyłam sobie kawę i dumałam.
Złapałam gazetę i zaczęłam szukać dla siebie jakiejś pracy. Musiałam coś jak najszybciej znaleźć, bo zawartość mojego portfela kurczyła się z każdym dniem.
Na początku nie umiałam się skupić na tych małych literkach, ale potem jakoś to mi szło. Znalazłam nawet dobrą ofertę kelnerki niedaleko mojego domu. Zaznaczyłam sobie ją i zostawiłam gazetę na stolę.
Musiałam teraz załatwić coś innego. Zamyślona wyłączyłam radio.
Złapałam torebkę i skierowałam się do wczorajszego lokalu. Nic na to nie poradzę, że nie potrafię zapomnieć o wczorajszej "randce", co gorsza mam ochotę na więcej takich wypadów. Jimmy nieźle zakręcił mi w głowię, nie mogłam temu zaprzeczyć. Gdy tylko zamykałam oczy widziałam jego uśmiechniętą buzie. Wciąż zastanawiałam się czy go jeszcze kiedyś spotkam.
Bez problemu dostałam się do lokalu. Spokój i pustki jakie tam panowały strasznie mnie zadziwiły. Sala, w której odbył się koncert wydawała się dużo mniejsza niż wczoraj. 
Bez zastanowienia podeszłam do baru. Barman ze znudzoną miną wycierał kufle. Gdy się zbliżyłam spojrzał na mnie złowrogo.
- Dzień dobry. Czy jest jeszcze ten zespół co wczoraj tu grał?
- Nie ma. Pojechali dwie godziny temu - powiedział niemiłym głosem, jakby był oburzony, że śmie mu zakłócać spokój.
Odwróciłam się do niego plecami, by nie widział jak mocno jestem zawiedziona. Bez żądnego słowa wyszłam z lokalu. Nie miałam wyjścia. Musiałam o Jimmym dziś zapomnieć, najlepiej na cały dzień. Takie ciągłe dręczenie się myślami nie miało sensu.
Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu i wymazać z pamięci to co się działo. Niestety nie potrafiłam. Miałam natłok myśli, co jedna to gorsza. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że bycie samotnym jest straszne. Kiedyś tego tak nie odczuwałam. Teraz, gdy zakosztowałam co to znaczy być kochanym, odczułam jak bardzo mi tego brakowało. Byłam przepełniona miłością, której nie miałam komu ofiarować. Poczułam, że dopiero teraz otworzyły mi się oczy.
Byłam samotna i to bardzo. Nie miałam rodziny. Od wszystkich się odwróciłam. Denerwowało mnie ich te ciągłe pytanie - jak ci się powodzi? Wydawało mi się, że to nie życzliwość tylko czysta ciekawość przez nich przemawiała.
Co was to obchodzi? To moje życie moja sprawa. To był powód dlaczego się od nich odłączyłam.
Nawet jakbym chciała naprawić ten błąd nie miałam jak. Kontakt z nimi dawno się urwał. Ani nie wiem czy jeszcze ktoś żyje.
Widocznie byłam strasznie nieznośna. Musiałam w końcu coś ze sobą zrobić.
Miałam nowy cel. Chciałam zawalczyć o swoje życie. Zacząć je na nowo. Robić to, czego jeszcze niedawno się bałam. Obudzić w sobie uczucia, które dawno pogrzebałam. Pokonywać przeszkody z uśmiechem. Po prostu się zmienić na lepsze. Może wtedy ktoś mnie pokocha. Nie mogę być wiecznie sama. Nie chce być stara panną. Jasne, przecież nikt tego nie chce. Tylko, że ja mam na to zadatki.
Nie wiedziałam od czego zacząć. Musiałam coś w końcu zrobić, by zmienić życie. I to musiał być wielki krok.
Spojrzałam na gazetę leżącą stole. Tak! to jest to. Szybko ją wertując doszłam do tego czego szukałam. Wyrwałam potrzebny fragment i wyszłam z domu rozpoczynając nowe życie.
Stojąc przed budynkiem wciąż sprawdzałam czy nie pomyliłam adresu.
Lekko niepewna weszłam do budynku.
Moim oczom ukazała się wielka sala utrzymana w ciemno czerwonych kolorach. Przede mną stało kilkanaście stolików zajętych przez rozmawiających ludzi. Za stolikami znajdowała się mała scena. Aktualnie była pusta. Swój wzrok skierowałam na prawo, gdzie rozpościerała się wielka lada barowa.
Byłam zachwycona tym miejscem. Kolory ze sobą współgrały tworząc trochę mroczny klimat.
Nie wiedziałam gdzie mam iść w sprawie pracy, więc podeszłam do barmana. Po krótkiej rozmowie prowadził mnie do szefa.
Stojąc przed odpowiednimi drzwiami poczułam strach. Teraz już nie było odwrotu.
W pomieszczeniu do którego weszliśmy panował całkowity mrok. Stałam w osłupieniu. Myślałam, że zaprowadził mnie do mojego nowego szefa. Tymczasem znajdowaliśmy się w jakiejś ciemnej komorze. W panice zaczęłam się wycofywać. Poczułam mocne szarpnięcie.
- Gdzie się wybierasz? - spytał z zadziornym uśmieszkiem. Przygwoździł mnie do ściany i natarczywie próbował ze mnie zrzucić ubrania. Kopnęłam go w krocze i zwinnie wyszarpałam się uciekając ile sił w nogach. Biegłam długim korytarzem, który nie wydawał się mieć końca. Przystanęłam przy ostatnich drzwiach na prawo. Złapałam za klamkę, szybko weszłam i oparłam się o drzwi próbując wyrównać oddech.


- Ktoś cię goni?
Podskoczyła w miejscu po usłyszeniu mojego głosu. Była bardzo przerażona. Oddychała głośno i niewymiarowo. Błądziła wzrokiem po pomieszczeniu.
- W jakiej sprawie do mnie przyszłaś? - spytałem spokojnym głosem próbując ją ośmielić.
- Pan jest tutaj szefem? - podeszła od mnie mrużąc oczy.
- Tak - pokiwałem głową. - Czyli jednak do mnie przyszłaś - uśmiechnąłem się.
- Ja przyszłam w sprawie pracy, ale to już chyba jest nieaktualne - odwróciła się i skierowała swoje kroki w stronę drzwi.
- Czemu nieaktualne? - stanęła w półkroku.
Zaciekawiło mnie jej zachowanie. Przez dłuższą chwilę stała odwrócona do mnie plecami, a gdy się odwróciła poznałem, że bije się z myślami. W końcu się odezwała.
- Wasz barman się do mnie dobierał.
Spojrzałem na nią podejrzliwie. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w to co powiedziała.
Jej twarz pokazywała, że wciąż z czymś walczy, ma jakieś wątpliwości.
- Miguel? To nie możliwe. To jest mój wzorowy pracownik.
Poza tym nie narażałby swojego stanowiska dla jednej chwili zatracenia.
Nagle odwróciła się i złapała za klamkę. Po samej jej postawie było widać, że jest silną osobą a takich ludzi potrzebowałem. Musiałem interweniować.
- Czekaj - powiedziałem lekko poddenerwowanym głos. - Mogę cię zatrudnić na stanowisko kelnerki. Tylko jest jedno zastrzeżenie....
Na jej twarzy pojawił się grymas. Mimo to stała ciągle w jednymi i tym samym miejscu. Nie chciała wyjść. Czekała na to co powiem, czyli jej zależało. Byłem pewny, że cokolwiek bym teraz nie powiedział, nie miało by to wpływu na jej decyzje. Była zdesperowana i to było widać.
- Miguela nie zwolnię - powiedziałem stanowczo. Ogniki w jej oczach zgasły a ona sama przybrała dziwną pozę. - Niestety, jest to mój najlepszy pracownik.
Oczywiście nie mogłem jej powiedzieć dlaczego. Jeszcze nie teraz. Wszystko dowie się z czasem, oczywiście gdy przyjmie pracę. Tego jestem pewien.
Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Alison.
- Wybacz szefie, że przeszkadzam, ale właśnie przyszła kandydatka na kelnerkę. Wpuścić ją?
Zerknąłem na reakcję mojej możliwe przyszłej pracownicy. Była skołowana, więc chciałem jej pomóc w wyborze.
- To jak, bierzesz tą pracę? - spojrzałem na nią spod okularów.
Zrobiła chytrą minę przez co wiedziałem, że już jest moja. Popatrzała najpierw na Alis, później na mnie.
- W dupie mam taką robotę - powiedziała uśmiechając się i wyszła trzaskając drzwiami.
Ogarnęła mnie fala złości, myślałem, że udało mi się ją przekabacić, ale nici z tego.
- Zobaczysz, ona jeszcze tu wróci - rzekłem Alis, obmyślając nowy plan.

niedziela, 7 września 2014

3 I was weak with fear that something would go wrong...



Wmurowało mnie w parkiet. Oni chyba sobie żarty stroją. Naciągnęłam kaptur mocniej na głowę i szybkim krokiem pognałam do wyjścia.
- Jane, poczekaj - powiedział Jimmy do mikrofonu.
Jednak i to nie powstrzymało mnie od wyjścia z lokalu.
Tym razem nie chciałam znowu przeżywać jakiś dziwnych sytuacji, do tego z udziałem publiczności. Ewakuacja to najlepsze wyjście.
Co to w ogóle było? Posłali na mnie światło i co? Myśleli, że tak od razu mi się spodoba ta od nich głośna muzyka? Niestety to nie moje klimaty, a poza tym źle się czułam. Za dużo ludzi wokoło było nad wyraz szczęśliwych.
Chciałam się znaleźć w łóżku. To było moje ulubione miejsce. Moja ucieczka od reszty świata. Tak, tego teraz potrzebowałam.
Chciałam to wszystko na spokojnie przemyśleć co się działo ale nie było mi to dane.
Jimmy wybiegł z budynku i krzyknął.
- Jane zaczekaj.
Zatrzymałam się w miejscu, ale się nie odwróciłam. Zaskoczył mnie. Nie wiedziałam czemu za mną przyszedł. Przecież my się prawe w ogóle nie znamy a on zachowywał się jakby mu na mnie zależało, chociaż nie wiem czy tak mogę to ująć. Prędzej przed tym nieszczęsnym lokalem tyle na niego czekałam, że aż mi się wydawało że on po prostu o mnie zapomniał.
Podbiegł do mnie i obrócił w swoja stronę.
- Czego chcesz? - spytałam nie okazując żadnych uczuć, choć tak na prawdę wewnątrz byłam tykająca bombą.
- Czemu wyszłaś? - odparł pytaniem.
- To nie mój klimat. Nie moja bajka - przygryzłam wargę gdy spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. - Przepraszam cię, że tak wyszłam bez słowa.
Na prawdę zrobiło mi się go żal. Jego oczy były takie smutne.
- Nic nie szkodzi - przytulił mnie mocno.
Znów mnie zaskoczył. Zaczynam się przyzwyczajać do tego, że jest nieobliczalny. Tylko czy ja dalej chcę ciągnąć tą znajomość?
- Idź grać, bo pewnie na ciebie wszyscy czekają - powiedziałam odrywając się od niego.
Nie chciałam, ale musiałam. Świat nie kręci się tylko i wyłącznie wokół mnie. Musiałam się nim dzielić.
On miał coś w sobie pociągającego. Nie mówię to w kontekście seksualnym. Po prostu miał magnez, którym przyciąga do siebie ludzi.
To dziwne. Wczoraj poznałam chłopaka a dziś już się z nim przytulałam. Widocznie z taką osobą jak on nie idzie inaczej. Nie skarżę się. Tylko uważam, że potrafi on łapać z ludźmi dziwną, niewyjaśnioną więź.
- Mam czas, teraz Gates gra solówkę - rzekł spokojnie.
- Kto?
- Gitarzysta z fryzurą w stylu " walnął we mnie piorun" - zrobił śmieszną minę.
Zaśmiałam na to określenie a jego mina tylko to spotęgowała.
Nagle spoważniał. Przestraszyłam się nie na żarty.
- Wracasz do środka czy idziemy do ciebie? - spytał a ja wybałuszyłam oczy. - Znaczy czy idziesz do siebie - zmieszał się.
- A ile jeszcze potrwa ten koncert?
- Około dziesięć minut. To co, idziesz ze mną z powrotem do klubu? - zrobił maślane oczka.
- Skoro muszę.. - udałam niezadowoloną. Jego oczy od razu pojaśniały.
W głębi duszy cieszyłam się, że z nim idę ale jednak coś mnie niepokoiło. Będę musiała wytrzymać dziesięć minut w tych krzykach i trzaskach.
Tym razem Jimmy zaprowadził mnie do ich garderoby, bo widział że powrót na sale mi się nie uśmiecha.
Garderoba była pusta, bo reszta zespołu już szykowała się do wejścia na kulisach. Usiadłam na pobliskim krześle. Jimmy kazał mi być cierpliwą dziewczynką i poczekać tutaj puki koncert się nie skończy. Gdy zniknął za drzwiami od razu podeszłam do wiszącego na ścianie lustra. Poprawiłam włosy i siadłam na poprzednie miejsce.
Zdziwiło mnie jego zaufanie do mnie. Mogłam ich spokojnie okraść i zniknąć tak by mnie nigdy więcej nie zobaczyli.
Kręciłam się na krześle jak mała dziewczynka. Strasznie mi się tam nudziło, więc postanowiłam się przewietrzyć. Wyszłam z pokoju i udałam się wzdłuż długiego korytarza. Uchyliłam drzwi, które się znajdowały na końcu i usłyszałam głośną muzykę. Przekonana, że jestem na dworze weszłam do pomieszczenia bez zawahania. Okazało się, że zadreptałam do kulis. Podeszłam w kierunku sceny. Z tego położenia widziałam jedynie Jimmy'ego.
Na jego twarzy było widać skupienie a oczy błyszczały się. Tylko one ukazywały jak wielką radość dale mu gra na perkusji. Akurat grali jakiś wesoły kawałek. Nawet mi się spodobał.
Oparłam się o ścianę i patrzałam jak Jimmy gra. Gdybym tylko słyszała samą muzykę mogłabym stwierdzić, że gra to robot a nie istota żywa. Rytm jaki nadawał był idealny. Wydawało się jakby wszystko co gra było perfekcyjnie ułożone.
Piosenka z każdą sekundą stawała się coraz bardziej mroczna. Nie wiem czy tak na prawdę było, czy tylko mi się to wydawało. Niedaleko mnie na ścianie wisiała kartka. Był to rozpis piosenek. Wszystkie były poskreślane, została tylko jedna.
- A więc to jest "A Little Piece of Heaven" - powiedziałam do siebie.
Po sali rozniosły się gromkie brawa i gwizdy. Spojrzałam na scenę w momencie, gdy chłopaki się kłaniali.
Pierwszy szedł do mnie Jimmy z szeroko rozstawionymi rękoma.
- Niegrzeczna dziewczynka. Miałaś siedzieć w garderobie.
Chwycił mnie mocno i okręcił wokół siebie.
- Wariat - zapiszczałam.
Odstawił mnie na ziemie i mocno przytulił.
- Jesteście niesamowici - powiedziałam mu do ucha.
- Ty też - zamruczał.
Chyba pierwszy raz w życiu miałam aż tak wybałuszone oczy. Ja? Niesamowita?
- A teraz przedstawię ci resztę zespołu.
Popchnął mnie lekko w kierunku chłopaków stojących przy wodopoju.
- Wolisz po ksywie czy tylko imię i nazwisko? - wyszeptał mi do ucha.
- Obojętnie - spojrzałam na niego - i tak nie zapamiętam.
Jego oczy przybrały dziwny kolor, tak jakby z niebieskich nagle zrobiły się czarne.
- Chłopaki to Jane - rzekł niewzruszony. - Zacznę od lewej. To jest Johnny, Zacky, Brian a ten co stoi plecami to..
- Ja znam tego pana - przerwałam mu.
Matt odwrócił się i spojrzał skołowany. Po sekundzie jego twarz przybrała inny wyraz. Podszedł do mnie blisko patrząc z pogardą.
- Kogóż to moje oczy widzą - jego drwiący uśmiech doprowadzał mnie do szału. - Histeryczka ze sklepu.
- Świr napadający na ludzi.
Zmierzyliśmy się wrogo wzrokiem.
- No, dość tych komplementów - powiedział wesoło Jimmy. Nie wiem czy go coś kiedykolwiek wyprowadziło z równowagi. - Choć Jane, idziemy. - złapał leżącą na krześle kurtkę i wyszliśmy tyłami.
Niezbyt to romantyczne ale cóż zrobić jak się jest sławnym.
Rekompensata przyszła szybciej niż myślałam. Noc była piękna. Niebo było obsypane gwiazdami. Gdy Jimmy stanął koło mnie od razu się do niego przytuliłam. Ogarnęło mnie takie przyjemne ciepło. Poczułam się bezpieczna.
- Nie jestem długo z chłopakami w tym mieście ale odkryłem bardzo piękne miejsce. Choć.
Złapał mnie za rękę i lekko pociągnął. Ku mojemu zaskoczeniu nie puścił jej.
Szliśmy tak razem beztroscy. Drogę oświetlał nam księżyc. Gdyby ktoś nas zobaczył, pomyślałby że jesteśmy zakochaną parą.
I pomyśleć, że spotkałam go wczoraj. Byłam negatywnie nastawiona na to spotkanie. Gdybym wiedziała, że da mi to tyle radości..
Śmiejąc się w głos zaszliśmy nad stawy przy którym stała ławka. Usiadłam koło niego a on od razu wciągnął mnie na swoje kolana. Przytuliłam się mocno pochłaniając jego ciepło. Zadarłam głowę do góry by spojrzeć w jego oczy. Znów przybrały kolor nie do określenia. Były dla mnie zagadką. Nie potrafiłam zrozumieć pod jakim wpływem się tak zmieniają, co on czuje w tej chwili. Zapatrzałam się na nie ale gdy zobaczył, że mu się przyglądam odwróciłam wzrok.
Chciałam zapamiętać jak najwięcej z tego spotkania. Jego ciepło, zapach. Miałam ochotę zamknąć te uczucia w słoiku i otworzyć je dopiero gdy będzie mi smutno.
Nie siedzieliśmy tam długo, bo zaczęły nas atakować komary.
Gawędząc o wszystkim i o niczym odprowadził mnie pod dom. Nie chciałam się rozstawać i on widocznie też nie bo przez kolejne pół godziny staliśmy pod płotem. W końcu zrobiło mi się zimno. Jimmy kazał mi zmykać do domu bym się nie przeziębiła. Na pożegnanie czule mnie przytulił i czekał aż wejdę do domu.
Zamykając drzwi wypuściłam powietrze ze świtem. Gdzie ja go znalazłam? To pytanie odbijało się echem po mojej głowie. Zamknęłam drzwi na klucz i pobiegłam do swojego pokoju. Zrzuciłam z siebie wszystko poza bluzą. Była ona nasiąknięta jego perfumami.
Przez długi czas nie potrafiłam uwierzyć w to co dzisiaj się działo.
Zmęczona przeżyciem zasnęłam.

piątek, 5 września 2014

2 Nothing hurts my world, just affects the ones around me...



- Zabawmy się kociaku - pochyliła się nad leżącym na łóżku mężczyzną. On zaś puścił żurawia w jej dekolt co skwitowała cichym śmiechem. Ponętnie poruszając biodrami obeszła łóżko i przesadnie wypinając tyłek pochyliła się wyciągając z szafki nocnej dwie chusty.
Odwróciła się a w jej oczach igrały dzikie ogniki.
- Tej nocy nigdy nie zapomnisz - powiedziała z satysfakcją. Kocimi ruchami znalazła się nad osobnikiem. Zwinnie zawiązała mu ręce do ramy łóżka. Pochyliła się nad nim a jej czerwone włosy zatańczyły mu przed twarzą.
Oblizała palec i przejechała nim wzdłuż jego klatki piersiowej zatrzymując się przy bokserkach. Mężczyzna drgnął z podniecenia a ona uśmiechnęła się usatysfakcjonowana. Zgrabnie zeszła z niego i wolnym krokiem podeszła do swojej torebki. Wyciągnęła krwisto czerwoną szminkę i wydymając usta pomalowała je.
- Słyszałam, że lubisz się ostro pieprzyć - powiedziała jakby od niechcenia i zaczęła grzebać w torebce.
- Wiem, że ty też to lubisz suko - warknął rozpalony z podniecenia.
Wyciągnęła z torebki wibrator i wycelowała w niego.
- Nie obrazisz się jak będzie nam towarzyszył mój mały przyjaciel - uśmiechnęła się łobuzersko. Mężczyzna zbladł od środka ale nie dał tego po sobie poznać.
- Jeśli chcesz - odparł przymilnie. Wstała z klęczek i podeszła do łóżka. Wijąc się płynie wdrapała się na mężczyznę. Zamachała dildo przed jego twarzą i spytała.
- Jakieś ostatnie życzenia?
Nim odparł wyciągnęła z wibratora nóż i umiejętnie oddzieliła jego ciało od duszy.


 

Przewróciłam się na drugi bok. Otworzyłam powoli prawe oko i rozejrzałam się po pokoju próbując zlokalizować, co nie daje mi spać. Zamknęłam oko i odwróciłam się plecami do okna. Wczoraj zapomniałam zaciągnąć rolety przez co dziś słońce igrało na moich powiekach.
Dalsze męczarnie nie miały sensu. Usiadłam na łóżku i skierowałam swój wzrok na budzik przy łóżku.
- Co? Już 13? - zawyłam głośno.
Ubrałam się i zeszłam do kuchni. Postawiłam wodę na gaz. Otwierając lodówkę doznałam tego samego uczucia co każdego poranka.
To nie tak, że byłam biedna i nie stać mnie było na jedzenie. Po prostu byłam strasznie leniwa. Poza tym nie lubiłam chodzić po sklepach. Jeszcze większą katorgą było chodzenie po marketach, butikach i tym podobnych. Zawszę uważałam to za niepotrzebną stratę czasu. Mi wystarczały moje szmatki. Nikomu nie musiałam się podobać. Dla mnie zawsze była ważna wygoda a gdzieś tam na szarym końcu znajdowała się plakietka z napisem - modne rzeczy.
Wyłączyłam gaz i wyszłam. Głód, który czułam zmusił mnie do poszukania czegoś zjadliwego. Miałam zamiar iść do najbliższego supermarketu ale przypomniałam sobie, że jest on blisko lokalu przed którym poznałam wczoraj chłopaka.
Nie miałam ochoty na kolejne spotkanie z nim. Nie wiem jak uda mi się wywinąć z tego całego koncertu. Nie chciałam tam iść. Nie lubię tłumów. Moim najlepszym towarzyszem jest samotność.
Mimo wszystko moje lenistwo zwyciężyło. Założyłam kaptur głowę i szybko pokonałam dystans. Rozglądając się czy nie jestem obserwowana, weszłam do sklepu. Złapałam koszyk i ruszyłam w poszukiwaniu najpotrzebniejszych rzeczy. Stojąc na końcu bardzo długiej kolejki do kasy przypomniało mi się, że zapomniałam o mleku. Zostawiłam koszyk i poszłam po brakujący produkt.
Skręcając w lewo wpadłam na mężczyznę. Był wyższy i dobrze zbudowany przez co odbiłam się od niego jak piłka, spadając na pupę.
- Uważaj jak chodzisz - krzyknęłam wściekła z podłogi.
- Sama uważaj jak chodzisz. To ty na mnie wpadłaś - powiedział z drwiącym uśmieszkiem, a mnie złość zżerała.
Spojrzałam na niego spod byka i szybko wstałam. Odchodząc powiedziałam na tyle głośno by mnie usłyszał.
- Cham.
Dalsze zakupy minęły mi już prawidłowo. Wciąż poddenerwowana wróciłam do domu.

 

Nim się obejrzałam była osiemnasta. 
Powoli zaczęłam przygotowywać się do koncertu. Postawiłam na relaksującą kąpiel by choć przez chwilę zapomnieć o otoczeniu. Gdy tylko się zanurzyłam w wannie pełnej wody, myśli natrętnie zaczęły krążyć po mojej głowie nie dając się odprężyć. Miałam zmartwienie, które dopada każdą kobietę, nie ważne w jakim wieku. Medytowałam nad tym, w co mam się ubrać. Ten chłopak, Jimmy nie powiedział mi jaki gatunek muzyczny prezentują sobą. W głębi duszy modliłam się, by było to coś spokojnego.
Postanowiłam ubrać się neutralnie, by nie rzucać się w oczy. Zrobiłam sobie lekki makijaż.
Na co dzień się nie malowałam, nie wiem czemu. Może po prostu nie odpowiada mi ciągłe sprawdzanie czy już spłynął czy jeszcze nie.
Mój strach z każdą minutą się nasilał. Bałam się właściwie nie wiem czego. Wydaję mi się, że to był strach przed czymś nowym.. nieznanym.
Moje życie było niezmienne. Można by rzec monotonne. Innych taki stan rzeczy pewnie by irytował, lecz mi to odpowiada. Nie jestem typem miłośnika przygód. Wolę książkę, kakao i święty spokój do końca życia.
Złapałam bluzę i udałam się w umówione miejsce.
Lokal wyglądało całkiem inaczej niż w dzień. Wielki czerwony napis "Little Harlot" oświetlał ulice lepiej niż niejedna latarnia. Do moich uszu dochodziła muzyka wydobywająca się z budynku. Stałam po drugiej stronie ulicy. W cieniu pod drzewem czekałam aż pojawi się Jimmy. Ludzie ciągle wchodzili i wychodzili a jego wciąż nie było. Powoli zaczynałam się irytować. 
Po upływie równo dziesięciu minut, bez namysłu ruszyłam do domu.
Nagle poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Szybko odwróciłam się i chciałam przywalić zboczeńcowi ale powstrzymał mnie jego głos.
- Przepraszam za spóźnienie, chłopaki mnie zagadali - uśmiechnął się nieśmiało.
- Nic się nie stało.
Jednak przyszedł. Już myślałam, że spędzę resztę wieczoru z butelką wina kupioną dziś rano.
Weszliśmy do lokalu. Jimmy od razu poleciał za kulisy, bo za chwile miał zacząć się ich koncert.
Wciąż stałam w miejscu w którym się rozstaliśmy. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Podeszłam do baru i zamówiłam drinka na dodanie sobie odwagi.
Światła zgasły a publiczność okazała entuzjazm. W całym pomieszczeniu było słychać krzyki i gwizdy. Zachęcona zachowaniem tłumu opuściłam bar i przeciskałam się przez ludzi. Chciałam stać jak najbliżej sceny. Nie był to trudny wyczyn. Dziwnym trafem ludzie ustępowali mi miejsca.
Gdy usłyszałam początek pierwszej piosenki przeszły mnie ciary. To nie było co oczekiwałam. 
Ostre dźwięki gitary przecinały powietrze. Ujrzałam Jimmiego za perkusją. Walił w gary jakby był opętany. Byłam oszołomiona. Nie znałam tego rodzaju muzyki.
Myślałam, że może jednak jakoś zniosę to i wytrzymam  do końca, przecież zawsze może być gorzej. Wtedy zaczął śpiewać wokalista. Padało na niego bardzo mało światła przez co nie widziałam jego twarzy tylko kontur. To jednak nie była muzyka dla mnie. Chciałam się wycofać, ale nie było wyjścia. Z każdej strony napierali na mnie ludzie z dziwną czaszką na koszulce. Skuliłam się w sobie.
Po ominięciu dwóch osób zobaczyłam stado ludzi biegających w koło. Odbijali się od siebie jak piłeczki w Toto Lottku. Wzrokiem szukałam jakiegoś wyjścia. Do moich uszu dochodził tylko i wyłącznie hałas.
Nie wiem jakim cudem udało mi się wydostać z tego piekielnego koła.
Szybko poszłam do baru i zamówiłam mocnego drinka. Wypiłam go duszkiem, choć był strasznie nie dobry. Jeszcze raz spojrzałam na scenę. Czterech chłopaków skakało po scenie zabawiając widownie, która aż kipiała z zachwytu. Ja niestety nie umiem się tak bawić.
Nagle zmienili repertuar i zaczęli grać jakąś bardziej skoczną muzykę. Publika oszalała z ekscytacji i zaczęła śpiewać z wokalistą. Muzyka lekko spowolniała a wszyscy jak jeden mąż ruszali w jednym tempie kiwając głowami i głośno okazując swoją radość.

 
"Nothing hurts my world,
just affects the ones around me
When sin's deep in my blood,
you'll be the one to fall."

Nigdy nie widziałam takiego czegoś. Takiej zgodnej miłości do muzyki. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych i to nie tylko z widowni. Widać było, że chłopaki też czerpią z tego wiele radości.
Gdy się tak przyglądałam wszystkim tym ludziom zrozumiałam, że tu nie pasuje. Nie wiedziałam czy mam zostać czy po prostu odejść bez słowa.
Koncert będzie trwał pewnie jeszcze z godzinie. Po tak długim czasie to bym leżała przy tym barze nieprzytomna.
Postanowiłam się ulotnić. Może Jimmy nie będzie mieć mi tego za złe. Z resztą ani nie wiem czy go jeszcze spotkam.
Skończyła się kolejna piosenka a ja założyłam kaptur i udałam się w kierunku wyjścia. Nagle nie wiadomo skąd padł na mnie strumień żółtego światła. Spojrzałam zdziwiona na scenę.
- Gdzie się wybierasz? To jeszcze nie koniec koncertu - powiedział miłym głosem wokalista a ja dopiero teraz zobaczyłam jego twarz. Znajomą mi twarz.

poniedziałek, 1 września 2014

1 I can't stop it so now let the madness begin...


Szybkim krokiem wyszła z budynku. Kolejne zlecenie wykonane - uśmiechnęła się do swoich myśli. Przemierzając przez ciemną uliczkę upajała się kolejnym zwycięstwem. Nie przypuszczała, że i tym razem uda jej się to tak szybko i gładko załatwić.
Skręciła w prawo. Przed nią rozpościerała się droga oświetlona latarniami.
Noc była piękna. Niebo zasypane gwiazdami prosiło o chwile uwagi, lecz ona była pochłonięta sobą. Dumnie szła nie przejmując się niczym. Tak jakby istniała tylko ona..
- Gdzie idziesz szmato? - usłyszała krzyk za plecami.
Szybko pognała przed siebie jakby w ten sposób walczyła o swoje życie.
Wbiegła w zaciemnioną uliczkę. Okazała się ona pułapką. Przed nią stał trzy metrowy mur. Odwróciła się słysząc dobiegające z dala kroki.
- Wiem, że tu jesteś - powiedział słodkim głosem. - Przede mną się nie ukryjesz.
Słyszała jak się zbliża do jej kryjówki.
- Noo mała. Wyjdziesz sama czy mam cie wyciągnąć.
Jej oddech stał się płytki. Zimny pot spływał po jej czole a ona sama nerwowo mrugała. Piekły ją oczy sygnalizując nadchodzący płacz.
- Czas zapłacić za swoje czyny kurwo - usłyszała nad uchem.



 

Obudziłam się. Kolejny raz miałam ten sam koszmar.
Szybko wyszłam z łóżka, żeby nie przypominał mi o złym śnie. Przez ciemność jaka panowała w pokoju potknęłam się dwa razy o leżące na podłodze rzeczy. Szybkim ruchem odsłoniłam rolety. Kapryśny promień słońca oślepił mnie na dobre parę sekund.
Wolnym krokiem podeszłam do szafki nocnej. Chwyciłam leżącą paczkę papierosów i skierowałam się na balkon nie zważając na to, że jestem w samej bieliźnie. Z balkonu było widać lasy i pobliski staw, dlatego nie obawiałam się o podglądanie przez jakiegoś zboczeńca, no chyba, że to by był leśniczy.
Odpaliłam papierosa mocno się zaciągając. Usiadłam na krześle. Przygryzłam lekko wargę na samą myśl o śnie. Nie rozumiałam nic z niego. Może to i dobrze? Przynajmniej nie przysporzę sobie dodatkowych zmartwień.
Zgasiłam papierosa i wróciłam do pokoju. Ubrałam jeansy, a na stanik zarzuciłam jedynie czarną bluzę. Lubiłam tak chodzić. Dawało mi to wyimaginowaną wolność, której potrzebowałam. Pewnie niektórym wydaje się przez to bezpruderyjna, ale zdanie innych mnie nie obchodzi. Dopóki potrafię wytrzymać sama ze sobą nie interesuje się innymi. Czasem mój brak empatii mnie przeraża ale to tylko chwilowe uczucie które szybko mija.
Zeszłam po schodach. Przywitała mnie wiele mówiąca cisza. Powinna się już przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy lecz wciąż przychodziło mi to z uporem. Może brakowało mi kogoś bliskiego? Jakiejś bratniej duszy, która rozjaśni moje ponure życie. Sprawiałaby uśmiech na mojej dotychczas smutnej twarzy. Wspierałaby mnie niezależnie jak okropna bym była. Byłaby po prostu przy mnie, na dobre i na złe.
Ale to przecież niemożliwe. Ciężko jest wytrzymać z taką zołzą jak ja. Czasami mam ochotę uciec od siebie. Od wszystkiego co mnie otacza. Po prostu zapomnieć, że żyję. Wypełnić się nicością i po prostu egzystować.
Nie zadręczać się ciągłymi pytaniami co by było gdyby? Po prostu nie myśleć o niczym.
Weszłam do kuchni i nastawiłam wodę na gaz.
- Kolejny nudny poranek - powiedziałam.
Chwyciłam gazetę leżącą na stole i od razu wyrzuciłam ją do kosza. Po co mi inni? Przecież mogę być samowystarczalna. Prychnęłam. Nie bądź głupia. Samotność to najgorsza choroba cywilizacji.
Otworzyłam lodówkę, która jak zwykle świeci pustkami.
No tak, jakbyś kogoś miała to jedyne co byś robiła, to czekała w łóżku na śniadanie. Ale czy to czasem nie nazywa się wykorzystywanie? Nieee, a gdzie tam. Jak się kogoś kocha to robi się wszystko aby ta osoba była szczęśliwa.
Zaparzyłam kawę i usiadłam przy stole.
- Kolejny pracowity dzień... - ... polegający na bawieniu się w filozofa i próbowaniu odszukania drugiego dna w swoim życiu.
Moje własne myśli zaczęły mnie coraz bardziej dobijać. Pokazywać, że nie jestem aż tak dobra jak mi się na początku wydawało.
Złapałam kubek i przeszłam do salonu.
Co się robi gdy się za dużo myśli? Ogląda się gotową papkę, która nie zmusza do żadnego wysilenia komórek mózgowych.
Capnęłam pilot i zaczęłam szukać czegoś interesującego w telewizorze.
Moje oczekiwania spaliły się na panewce. Wyłączyłam to ustrojstwo i dopiłam kawę.
Wróciłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko.
Ciekawe po jakim czasie odkryli by moje zwłoki.
Szybko wstałam z łóżka. Och jak ja kocham ten mózg. On potrafi umiejętnie zmusić mnie do działania.
Przebrałam się aby nie wyróżniać się zbytnio od tych wszystkich jednostek statycznych. Złapałam torebkę. Nawpychałam tam wszystkiego co uważałam za pożyteczne i wyszłam z domu.
Chwilę zastanawiałam się nad środkiem lokomocji, ale w końcowym etapie tej jakże trudnej decyzji wybrałam przejażdżkę konno, a że nie mam konia pozostały mi do wyboru jedynie własne nogi. Zmierzając w bliżej mi nieokreślonym kierunku zauważyłam poruszenie po drugiej stronie ulicy. Ochoczo nastawiona na zbliżającą się sensacje momentalnie zmieniłam kierunek wędrówki. Wytężając wzrok próbowałam wypatrzeć źródło zamieszania. Oczywiście z klapkami na oczach jak u konia szłam do wyznaczonego mi celu bez jakiegokolwiek kontaktu z rzeczywistością i zbliżającym niebezpieczeństwem.
Nagle koło zbiorowiska zapanował gwar a ja poczułam cudze ciało napierające na moje. Nim zdążyłam zareagować leżałam jak długa pod wysokim mężczyzną. Już chciałam przezwać zuchwalca leczy gdy tylko uniosłam wzrok ujrzałam urokliwe niebieskie oczy. Zbiło mnie to z pantałyku przez co moja zdumiona mina rozbawiła osobnika. Wstał nie odrywając ode mnie wzroku i wysunął w moim kierunku dłoń. Osłupiona chwyciłam ją i wstałam wciąż patrząc na o głowę wyższego mężczyznę.
- Dziękuję - powiedziałam wciąż nie potrafiąc zrozumieć co się przed chwilą stało.
- Drobiazg - odparł i podrapał się po karku jakbym go zawstydziła. Potrząsnęłam głową próbując jakoś posklejać fakty ale mój wzrok wciąż był podejrzliwy. Widziałam, że pod moim spojrzeniem czuł się nieswojo.
- Tak w ogóle to Jimmy jestem - powiedział tym razem pewniej i posłał mi zniewalający uśmiech.
- Jane - odezwała się niewyraźnie. - Jane Patterson - mój głos był bardziej zimny niż się tego spodziewałam.
Zapominając o zdarzeniu wróciłam do poprzedniego zainteresowania. Spojrzałam w lewo i dyskretnie pokazując kciukiem na stojącą nieopodal grupę zapytałam.
- Co tam się dzieje ?
Chłopak popatrzał najpierw za mnie by po chwili wrócić wzrokiem.
- Jutro o 20 będzie koncert i fani biją się o ostatnie bilety - w jego oczach zobaczyłam tajemniczy błysk. - Jak chcesz to możesz przyjść - uśmiechnął się promiennie.
- No ale jak to? Przecież tamci - spojrzałam na hałaśliwe zbiorowisko - biją się o ostatnie bilety.
Na prawdę nie wiedziałam o co mu chodzi. Ta cała sytuacja była tak dziwna, że wręcz komiczna. Miałam ochotę zaśmiać mu się w twarz i odejść z podniesioną głową. Jednak jakaś cząstka mnie kazała zachować spokój i czekać na rozwój wydarzeń. Może dowiedziałabym się coś odnośnie tego, czemu się na mnie rzucił.
- No tak, ale ja cię mogę puścić za darmo.
- Jak to? Jesteś szefem tego lokalu? - spytałam otępiała. Okoliczność z każdą chwilą stawały się coraz bardziej pogmatwane i zaczynałam wątpić czy chcę brać w tym udział.
- Tak się składa, że jestem członkiem tego zespołu co występuje.
- Aha. No chyba że tak - wymamrotałam bardziej do siebie niż do niego. - I na czym ty tam grasz? Na cymbałkach? Na trójkącie?
Spytałam, aby chociaż przez chwilę poczuł się wyjątkowo. Przecież uratował mi życie.... tak mi się wydaje.
Przygryzłam wewnątrz wargę.
- Widzę, że humorek wrócił - musnął mój nos lekko palcem co mnie rozbawiło. -  Gram na perkusji - orzekł dumnie. - Jak chcesz to mogę cie zapoznać z resztą. To tak samo czarujące chłopaki jak ja - puścił mi oczko.
- Jak są tacy jak ty to ja dziękuje - wymruczałam obracając głowę w lewo.
- Co tam mamroczesz?
- Nic nic. Bardzo chętnie poznam resztę zespołu - szczerzyłam się przesadnie.
- To bardzo fajnie - uśmiechnął się szczerze. - Widzimy się jutro o 19:45 w tym samym miejscu. - zrobił krok w tył. - Bądź punktualnie - powiedział i odszedł.
O cholera, co to było.
CZY JA WŁAŚNIE UMÓWIŁAM SIĘ NA RANDKĘ????
Odwróciłam się i podreptałam do domu. Zamknęłam drzwi i biegiem przeskakiwałam po trzy stopnie na schodach.
Znajdując się na górze otworzyłam drzwi do swojego pokoju i z rozpędu rzuciłam się na łóżko.
No to się wkopałam.