poniedziałek, 1 września 2014

1 I can't stop it so now let the madness begin...


Szybkim krokiem wyszła z budynku. Kolejne zlecenie wykonane - uśmiechnęła się do swoich myśli. Przemierzając przez ciemną uliczkę upajała się kolejnym zwycięstwem. Nie przypuszczała, że i tym razem uda jej się to tak szybko i gładko załatwić.
Skręciła w prawo. Przed nią rozpościerała się droga oświetlona latarniami.
Noc była piękna. Niebo zasypane gwiazdami prosiło o chwile uwagi, lecz ona była pochłonięta sobą. Dumnie szła nie przejmując się niczym. Tak jakby istniała tylko ona..
- Gdzie idziesz szmato? - usłyszała krzyk za plecami.
Szybko pognała przed siebie jakby w ten sposób walczyła o swoje życie.
Wbiegła w zaciemnioną uliczkę. Okazała się ona pułapką. Przed nią stał trzy metrowy mur. Odwróciła się słysząc dobiegające z dala kroki.
- Wiem, że tu jesteś - powiedział słodkim głosem. - Przede mną się nie ukryjesz.
Słyszała jak się zbliża do jej kryjówki.
- Noo mała. Wyjdziesz sama czy mam cie wyciągnąć.
Jej oddech stał się płytki. Zimny pot spływał po jej czole a ona sama nerwowo mrugała. Piekły ją oczy sygnalizując nadchodzący płacz.
- Czas zapłacić za swoje czyny kurwo - usłyszała nad uchem.



 

Obudziłam się. Kolejny raz miałam ten sam koszmar.
Szybko wyszłam z łóżka, żeby nie przypominał mi o złym śnie. Przez ciemność jaka panowała w pokoju potknęłam się dwa razy o leżące na podłodze rzeczy. Szybkim ruchem odsłoniłam rolety. Kapryśny promień słońca oślepił mnie na dobre parę sekund.
Wolnym krokiem podeszłam do szafki nocnej. Chwyciłam leżącą paczkę papierosów i skierowałam się na balkon nie zważając na to, że jestem w samej bieliźnie. Z balkonu było widać lasy i pobliski staw, dlatego nie obawiałam się o podglądanie przez jakiegoś zboczeńca, no chyba, że to by był leśniczy.
Odpaliłam papierosa mocno się zaciągając. Usiadłam na krześle. Przygryzłam lekko wargę na samą myśl o śnie. Nie rozumiałam nic z niego. Może to i dobrze? Przynajmniej nie przysporzę sobie dodatkowych zmartwień.
Zgasiłam papierosa i wróciłam do pokoju. Ubrałam jeansy, a na stanik zarzuciłam jedynie czarną bluzę. Lubiłam tak chodzić. Dawało mi to wyimaginowaną wolność, której potrzebowałam. Pewnie niektórym wydaje się przez to bezpruderyjna, ale zdanie innych mnie nie obchodzi. Dopóki potrafię wytrzymać sama ze sobą nie interesuje się innymi. Czasem mój brak empatii mnie przeraża ale to tylko chwilowe uczucie które szybko mija.
Zeszłam po schodach. Przywitała mnie wiele mówiąca cisza. Powinna się już przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy lecz wciąż przychodziło mi to z uporem. Może brakowało mi kogoś bliskiego? Jakiejś bratniej duszy, która rozjaśni moje ponure życie. Sprawiałaby uśmiech na mojej dotychczas smutnej twarzy. Wspierałaby mnie niezależnie jak okropna bym była. Byłaby po prostu przy mnie, na dobre i na złe.
Ale to przecież niemożliwe. Ciężko jest wytrzymać z taką zołzą jak ja. Czasami mam ochotę uciec od siebie. Od wszystkiego co mnie otacza. Po prostu zapomnieć, że żyję. Wypełnić się nicością i po prostu egzystować.
Nie zadręczać się ciągłymi pytaniami co by było gdyby? Po prostu nie myśleć o niczym.
Weszłam do kuchni i nastawiłam wodę na gaz.
- Kolejny nudny poranek - powiedziałam.
Chwyciłam gazetę leżącą na stole i od razu wyrzuciłam ją do kosza. Po co mi inni? Przecież mogę być samowystarczalna. Prychnęłam. Nie bądź głupia. Samotność to najgorsza choroba cywilizacji.
Otworzyłam lodówkę, która jak zwykle świeci pustkami.
No tak, jakbyś kogoś miała to jedyne co byś robiła, to czekała w łóżku na śniadanie. Ale czy to czasem nie nazywa się wykorzystywanie? Nieee, a gdzie tam. Jak się kogoś kocha to robi się wszystko aby ta osoba była szczęśliwa.
Zaparzyłam kawę i usiadłam przy stole.
- Kolejny pracowity dzień... - ... polegający na bawieniu się w filozofa i próbowaniu odszukania drugiego dna w swoim życiu.
Moje własne myśli zaczęły mnie coraz bardziej dobijać. Pokazywać, że nie jestem aż tak dobra jak mi się na początku wydawało.
Złapałam kubek i przeszłam do salonu.
Co się robi gdy się za dużo myśli? Ogląda się gotową papkę, która nie zmusza do żadnego wysilenia komórek mózgowych.
Capnęłam pilot i zaczęłam szukać czegoś interesującego w telewizorze.
Moje oczekiwania spaliły się na panewce. Wyłączyłam to ustrojstwo i dopiłam kawę.
Wróciłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko.
Ciekawe po jakim czasie odkryli by moje zwłoki.
Szybko wstałam z łóżka. Och jak ja kocham ten mózg. On potrafi umiejętnie zmusić mnie do działania.
Przebrałam się aby nie wyróżniać się zbytnio od tych wszystkich jednostek statycznych. Złapałam torebkę. Nawpychałam tam wszystkiego co uważałam za pożyteczne i wyszłam z domu.
Chwilę zastanawiałam się nad środkiem lokomocji, ale w końcowym etapie tej jakże trudnej decyzji wybrałam przejażdżkę konno, a że nie mam konia pozostały mi do wyboru jedynie własne nogi. Zmierzając w bliżej mi nieokreślonym kierunku zauważyłam poruszenie po drugiej stronie ulicy. Ochoczo nastawiona na zbliżającą się sensacje momentalnie zmieniłam kierunek wędrówki. Wytężając wzrok próbowałam wypatrzeć źródło zamieszania. Oczywiście z klapkami na oczach jak u konia szłam do wyznaczonego mi celu bez jakiegokolwiek kontaktu z rzeczywistością i zbliżającym niebezpieczeństwem.
Nagle koło zbiorowiska zapanował gwar a ja poczułam cudze ciało napierające na moje. Nim zdążyłam zareagować leżałam jak długa pod wysokim mężczyzną. Już chciałam przezwać zuchwalca leczy gdy tylko uniosłam wzrok ujrzałam urokliwe niebieskie oczy. Zbiło mnie to z pantałyku przez co moja zdumiona mina rozbawiła osobnika. Wstał nie odrywając ode mnie wzroku i wysunął w moim kierunku dłoń. Osłupiona chwyciłam ją i wstałam wciąż patrząc na o głowę wyższego mężczyznę.
- Dziękuję - powiedziałam wciąż nie potrafiąc zrozumieć co się przed chwilą stało.
- Drobiazg - odparł i podrapał się po karku jakbym go zawstydziła. Potrząsnęłam głową próbując jakoś posklejać fakty ale mój wzrok wciąż był podejrzliwy. Widziałam, że pod moim spojrzeniem czuł się nieswojo.
- Tak w ogóle to Jimmy jestem - powiedział tym razem pewniej i posłał mi zniewalający uśmiech.
- Jane - odezwała się niewyraźnie. - Jane Patterson - mój głos był bardziej zimny niż się tego spodziewałam.
Zapominając o zdarzeniu wróciłam do poprzedniego zainteresowania. Spojrzałam w lewo i dyskretnie pokazując kciukiem na stojącą nieopodal grupę zapytałam.
- Co tam się dzieje ?
Chłopak popatrzał najpierw za mnie by po chwili wrócić wzrokiem.
- Jutro o 20 będzie koncert i fani biją się o ostatnie bilety - w jego oczach zobaczyłam tajemniczy błysk. - Jak chcesz to możesz przyjść - uśmiechnął się promiennie.
- No ale jak to? Przecież tamci - spojrzałam na hałaśliwe zbiorowisko - biją się o ostatnie bilety.
Na prawdę nie wiedziałam o co mu chodzi. Ta cała sytuacja była tak dziwna, że wręcz komiczna. Miałam ochotę zaśmiać mu się w twarz i odejść z podniesioną głową. Jednak jakaś cząstka mnie kazała zachować spokój i czekać na rozwój wydarzeń. Może dowiedziałabym się coś odnośnie tego, czemu się na mnie rzucił.
- No tak, ale ja cię mogę puścić za darmo.
- Jak to? Jesteś szefem tego lokalu? - spytałam otępiała. Okoliczność z każdą chwilą stawały się coraz bardziej pogmatwane i zaczynałam wątpić czy chcę brać w tym udział.
- Tak się składa, że jestem członkiem tego zespołu co występuje.
- Aha. No chyba że tak - wymamrotałam bardziej do siebie niż do niego. - I na czym ty tam grasz? Na cymbałkach? Na trójkącie?
Spytałam, aby chociaż przez chwilę poczuł się wyjątkowo. Przecież uratował mi życie.... tak mi się wydaje.
Przygryzłam wewnątrz wargę.
- Widzę, że humorek wrócił - musnął mój nos lekko palcem co mnie rozbawiło. -  Gram na perkusji - orzekł dumnie. - Jak chcesz to mogę cie zapoznać z resztą. To tak samo czarujące chłopaki jak ja - puścił mi oczko.
- Jak są tacy jak ty to ja dziękuje - wymruczałam obracając głowę w lewo.
- Co tam mamroczesz?
- Nic nic. Bardzo chętnie poznam resztę zespołu - szczerzyłam się przesadnie.
- To bardzo fajnie - uśmiechnął się szczerze. - Widzimy się jutro o 19:45 w tym samym miejscu. - zrobił krok w tył. - Bądź punktualnie - powiedział i odszedł.
O cholera, co to było.
CZY JA WŁAŚNIE UMÓWIŁAM SIĘ NA RANDKĘ????
Odwróciłam się i podreptałam do domu. Zamknęłam drzwi i biegiem przeskakiwałam po trzy stopnie na schodach.
Znajdując się na górze otworzyłam drzwi do swojego pokoju i z rozpędu rzuciłam się na łóżko.
No to się wkopałam.

2 komentarze:

  1. "(...) nie obawiałam się o podglądanie przez jakiegoś zboczeńca, no chyba, że to by był leśniczy". Chyba, że byłby to pan gejowy... yyy, gajowy. Dobra, słaby żart mi wyszedł xD
    Podoba mi się! Daj jak najszybciej nexta, bo uwielbiam opowiadania z Revem <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń